Nowe aparaty, nowe możliwości?

Przy okazji ostatnich premier aparatów cały internet aż huczy. Najnowszy Canon ma 8K, Fuji ma wszystko w jednym, Sony to noktowizor, a Nikon to coś tam i tak dalej… Bitwa goni bitwę, zwolennicy jednej marki wyśmiewają drugich, skupiamy się na kolejnych technologicznych rozwiązaniach, ten aparat ma dwa sloty, a ten jeden, a tu jest SD, a tam jest CF i tak w nieskończoność. Tym samym większość dyskusji o fotografii toczy się wokół spraw sprzętowych. Zastanawiam się, czy inne dziedziny sztuki cierpią na ten sam problem. Czy rzeźbiarze kłócą się między sobą o to, które materiały są lepsze? Albo malarze przekrzykują się, że farby firmy X są lepsze od Y, bo mają lepsze kolory? Muszę kiedyś spytać znajomego malarza… Tak czy inaczej, w takich momentach zawsze cofam się w czasie do początków mojego zainteresowania fotografią, były to okolice 2005 roku, i staram się sobie przypomnieć, jakie wtedy aparaty były na topie? Canon 1Ds mark 3 albo 5D mark 1? Może Nikon D3?

Pamiętam, że moim marzeniem był wtedy Canon 400D - lustrzanka APS-C z oszałamiająca na tamte czasy jakością obrazu, ergonomią, dostępnością obiektywów i rozsądną ceną.

To był mój święty Graal, byłem niemal przekonany, że gdybym tylko miał ten aparat, to moje zdjęcia wzniosłyby się na zupełnie inny poziom. Stałbym prawdziwym mistrzem fotografii, bo ten kompakt, który wówczas miałem, to było moje jedyne ograniczenie. Po prostu wystarczyło zmienić aparat i wtedy rozprostowałbym skrzydła.

Finalnie nigdy nie kupiłem tego 400D. W momencie, w którym mogłem sobie pozwolić na pierwszą lustrzankę, 400D był już przestarzały. Kupiłem Pentaxa K-30. Potem był Canon 6D – moja pierwsza i na razie jedyna, prywatna pełna klatka, a w międzyczasie przez ręce przewinęła mi się masa innego sprzętu. Pracowałem w studiu na mocarnym wówczas Canonie 5D mark 3, filmowałem za pomocą 70D, a później 80D, miałem przelotne znajomości z Fuji, Sony czy Nikonem, romansowałem z pełną klatką, a nawet otarłem się ramieniem o średni format, a moje zdjęcia nadal nie święciły triumfów na wystawach fotograficznych.

I w końcu dotarło do mnie to, co od zawsze czułem, ale jednak zamykałem gdzieś głęboko w skrzyni na dnie szafy. Stara, wyświechtana gadka, którą każdy z nas pewnie słyszał, o tym, że to nie aparat robi zdjęcia a fotograf.

Bolesne, ale jakże prawdziwe. Niebywałe, że potrzeba lat, by to zrozumieć z pęłną mocą. Naprawdę polecam chwilę się zastanowić nad tym. Większość z nas ma przecież już któryś z kolei model aparatu w rękach, nowszy, lepszy i szybszy niż poprzedni… A zdjęcia? Czy stały lepsze? Bo jeśli jedyną różnicą jest więcej megapixeli, szerszy zakres tonalny czy lepsza ostrość to niestety, te zdjęcia są takie same. Bo to czy zdjęcie jest dobre, czy nie, to na pewno nie kwestia ilości pikseli, kolokwialnie mówiąc. To kwestia tego co jest na zdjęciu. Hah! Tylko tyle i AŻ TYLE!

Pomyśl o tym w ten sposób, czy 10 lat temu nie było wystaw fotograficznych, nie powstawały zdjęcia, którymi zachwycał się cały świat, którymi być może nawet Ty się zachwycałeś? A 20 lat temu, 30, 40? A no oczywiście, że były. Co więcej, większość z nich nadal robi niebotyczne wrażenie. A teraz jak ma się pod względem technologicznym Twój aparat w stosunku do aparatów sprzed 20 lat? Nie znam cię czytelniku, ale z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę założyć, że masz w rękach coś technicznie lepszego. Czy dzięki temu zrobiłeś już zdjęcie, którym zachwyca się cały świat?

PS. Oczywiście miarą dobrej fotografii nie jest jej popularność, ale myślę, że rozumiecie sens, prawda?